Port różnorodności, czyli o Porcie Poetyckim w Chorzowie

fot. Paweł Dąbrowski

Do publicznego czytania wierszy trzeba mnie zaciągać wołami. Mocno wierzę w to, że praca poety (i/lub autora wierszy- to zdrowszy termin) kończy się na napisaniu i ewentualnej publikacji, później nie ma się już nic do dodania. Bo i po co? Wiersz ma żyć własnym życiem, bez kontroli autora. Czasami jednak zdarzają się odstępstwa od tej reguły. Tak było i tym razem. Za namową Barbary Janas-Dudek i Jacka Dudka wziąłem udział w XV edycji Portu Poetyckiego w Chorzowie. Dwudniowa (a może i więcej dniowa) impreza, której główna część koncentrowała wokół 3 czerwca, przyciągnęła w tym roku blisko 80 poetów z całego kraju – prawdziwy poetycki kocioł, zderzenie różnych dykcji.

Na szczęście z tego zderzenia Port wyszedł obronną ręką, bo jakże by inaczej – w różnorodności zawsze jest siła.

Sobotni wieczór otworzyło spotkanie autorskie z 4 gośćmi głównymi imprezy. Jako pierwsza swoje wiersze czytała Bianka Rolando. To poezja wymagająca, osobna, ale niezwykle interesująca – ważna, bo tak inna. „Modrzewiowe korony” Bianki od lat znajdują się u mnie na półce z książkami, do których wracam. Tym ciekawiej było posłuchać wierszy na żywo, także najnowszych ze zbioru „Pascha”.

Elektryzujący okazał się natomiast kontakt z poezją Anny Marii Wierzuchuckiej. Jej wiersze znałem już wcześniej (przyznaję – przelotnie), ale dopiero na Porcie przyszło olśnienie, jak intensywna jest to poezja – szczera, obrazowa, konfesyjna (?), sugestywna, doskonale zgrana i zagrana, no i jak przeczytana! Tom „Włókien pełna” to absolutny majstersztyk, ciekawy, świeży głos, którego brakowało mi w polskiej poezji. Zresztą posłuchajcie sami.

A skoro już mowa o ciekawych głosach – Bogdan Prejs, który również pojawił się gronie gości głównych Portu. Jego poezja zawsze mnie ciekawiła, wrzucając na ciekawą poetycką huśtawkę. Nie zawiodła i tym razem, zwłaszcza, że mogliśmy jako pierwsi usłyszeć wiersze z przygotowywanej właśnie książki.

Nie obyło się także bez moich przysłowiowych 5 minut, a dokładnie 8 minut i 2 sekund, podczas których poczytałem wiersze z wydanego niedawno „Pospołu” (Instytut Mikołowski, 2016). Był więc czas na „Klechdy”, cykl „Dziady”, „Posesję”, „Causa mortis”, „Pozostałostkę, 1945” i „Buty” – mój protest-wiersz otwierający cykl „Pani Ej” o uchodźcach z Ukrainy.

To co jednak najważniejsze w Porcie to spotkanie z ludźmi, a nawet więcej – barwnymi postaciami. W końcu po latach miałem okazję spotkać się z Magdaleną Gałkowską i Małgorzatą Południak, które od lat, gdzieś tam zakulisowo, facebookowo, pchały moje pisanie do przodu, a to w sZAFie, a to dobrym słowem.

Był też czas na posłuchanie poetów czytających w „Magazynie wierszy” – i tu znów m.in. Magdalena Gałkowska, Roma Jegor, Marta Fox, Patryk Chrzan, Zenon Dytko, Łucja Dudzińska, Izabela Wageman, Zenon Dytko i Marzena Orczyk-Wiczkowska i wielu, wielu innych, których czytam, ale rzadko mam okazję posłuchać. Wrażenie zrobił Andrzej Kanclerz, który swój wiersz… „odśpiewał”.

Ciekawostką Portu pośrodku lądu, a jakże inaczej (!), były także … statki. Ceramiczne bryły stworzone przez artystkę Barbarę Trzybulską, które mogliśmy oglądać w ramach „Sztalugarni” Małgorzaty Południak. Ciężkie, majestatyczne, dość poetyckie. W tej samej „Sztalugarni” znalazły się także prace Ewy Kantorczyk, ciekawe kolaże, forma, do której zawsze miałem słabość, jak każdy wielbiciel DADA.

Oczywiście ten mix poetycki może budzić skrajne uczucia, może ktoś powiedzieć, że jest tu nadmiar, że za dużo, za różnorodnie, za „głośno” i tłocznie, ale to właśnie wyróżnia Port Poetycki od innych tego typu imprez, od których stronię. Tutaj jest swoboda, ciekawość innych głosów, ciekawość różnorodności, zdrowy poetycki flow zamiast spleenu.